Norwegia i Anglia zafundują nam piłkarski festiwal chaosu na wagę półfinału.

Thomas Tuchel pewnie wciąż próbuje zmyć z czoła pot po meksykańskim thrillerze, a los już podrzuca mu na biurko kolejny koszmar. Anglia przetrwała w rzadkim powietrzu mordercze minuty w dziesiątkę, by w bólach uciec katu spod topora. Teraz musi natychmiast wrzucić wyższy bieg, mając w płucach wyłącznie resztki tlenu.
Z kolei Norwegowie wylądują pod mocnym słońcem Florydy jako absolutnie pewni siebie pogromcy Brazylii. Błyszczą po historycznym zrywie i ewidentnie buzują od nadmiaru entuzjazmu tuż przed wielkim ćwierćfinałem. Ekipa ze Skandynawii uświadomiła sobie zupełnie niedawno, że żaden wielki piłkarski sufit już nad nimi nie wisi.
Prowizorka na tyłach i norweski kod na kody
To wręcz urocze, w jaki sposób rynek udaje, że brytyjska defensywa stanowi przed tym starciem jakikolwiek lity monolit. Jarell Quansah wykartkował się w najmniej odpowiednim momencie, osłabiając tyły. Z kolei wpisywanie do składu oszczędzanego na każdym kroku Reece'a Jamesa przypomina zabawę na bardzo podwyższonym ryzyku.
Z konieczności menedżer wciśnie więc kogoś rzutem na taśmę na prawą obronę, desperacko licząc, że dyspozycja dnia jakoś go uratuje. Pech chce, że norweskie lewe skrzydło wrzuciło właśnie zupełnie nowy, piąty bieg. Ten duet aż przebiera nogami, żeby zabrać improwizowaną obronę na szaleńczą przejażdżkę po murawie stadionu.
Andreas Schjelderup spektakularnie pognębił wielką Brazylię w drugiej połowie meczu, a teraz jego najprostszym zadaniem będzie karmienie podaniami Erlinga Haalanda. Zatrzymanie takiej napastniczej maszyny sprawia problemy najlepszym i najzdrowszym defensywom świata. Dla znużonych i w pośpiechułatanych zasieków będzie to zadanie z gatunku misji niemożliwych.
Defensywne drzwi obrotowe i gościnność stron
Z drugiej jednak strony, przez litość nie próbujmy chociaż kreować we własnej głowie norweskiej ekipy na jakichkolwiek tytanów gęstej zasieki. Ten zespół ma zaskakująco uroczy zwyczaj zostawiania otwartych drzwi do własnej świątyni nawet wtedy, gdy na boisku komfortowo dominuje. Na turnieju dziurawili ich już niemal wszyscy napotkani po drodze.
Anglia, ciągle polegająca przecież na klasie Jude'a Bellinghama i spokoju Harry'ego Kane'a, z wielką i nieskrywaną kpiną skorzysta z tej taktycznej gościnności swojego zachwyconego sobą rywala. To dlatego wróżenie z fusów przewag konkretnej drużyny czy bezpieczny, nudny handicap, brzmią tu raczej jak przejaw hazardowej naiwności, a nie żaden solidny plan.
Bukmacherzy najwyraźniej na chwilę stracili z radaru to, z jak potężnie wybuchową mieszanką i deficytami tlenowymi mamy tu z obu stron do czynienia. Obie chwiejne w obronie frakcje skoczą sobie do gardeł, bez sentymentów wystawiając na próbę serca swoich kibiców. Gorąca noc w Miami to wprost idealne warunki dla bezwzględnej ofensywy.















