Brazylia — Japonia: faworyt nie zamknie się z tyłu, a goście mają argumenty
Canarinha po nierównym starcie wreszcie złapała właściwy rytm. Po remisie z Maroko (1:1) przyszły dwa przekonujące zwycięstwa – 3:0 z Haiti i 3:0 ze Szkocją. Ancelotti znalazł w końcu balans między defensywą a atakiem, a Vinícius Júnior udowadnia, że jest graczem na wielkie mecze.
Japonia nie tylko się broni, ale i strzela
Samurajowie są na tym turnieju niepokonani. Remis 2:2 z Holandią, pogrom Tunezji 4:0 i wyrównany mecz ze Szwecją (1:1) pokazują, że to drużyna kompletna. Co kluczowe – Japonia zdobywała bramki w każdym spotkaniu, niezależnie od klasy rywala.
Moriyasu nie przyjechał do Houston z myślą o defensywie na zero. Jego zespół ma szybkie skrzydła, agresywny pressing i umiejętność wykorzystywania błędów rywala. Strata Kubo boli, ale Doan, Maeda i Junya Ito to piłkarze zdolni zrobić różnicę w polu karnym.
Brazylia też nie jest monolitem w tyłach
Canarinhos wprawdzie wygrali dwa ostatnie mecze bez straty gola, ale wcześniej Maroko pokazało, że można ich zaskoczyć. Douglas Santos na lewej obronie nie gwarantuje szczelności, a pressingu nie zawsze udaje się utrzymać przez pełne 90 minut.
Ancelotti sam przyznał, że Japonia ma „bardzo dobrą konstrukcję ataku” i jeśli pozwoli się jej rozwinąć skrzydła, może być niebezpieczna. To sygnał, że trener spodziewa się gry w przód – a to zazwyczaj oznacza gole po obu stronach.
Rynek patrzy na nazwę, a nie formę
Bukmacherzy ustawili kurs na powyżej 2,5 gola na poziomie 2,152, co wydaje się niedoszacowaniem realnych możliwości obu ekip. W głowie przeciętnego gracza wciąż tkwi obraz „starej” Japonii, która zadowala się honorową porażką. To kompletnie nie przystaje do rzeczywistości.
Samurajowie udowodnili już, że potrafią strzelać Holandii, a Brazylia – że potrafi tracić z Marokiem. W fazie pucharowej, gdzie stawką jest wszystko, trudno spodziewać się zachowawczego tempa. Japonia nie ma zamiaru się bronić – chce wygrać, a do tego potrzebuje goli.














