DR Congo — Uzbekistan: uśpieni bukmacherzy nie widzą afrykańskiej burzy
Bukmacherzy to czasem intrygująco naiwne instytucje, które w swoich predykcjach patrzą wyłącznie w ślepe kalkulacje. Widzą dwa pierwsze mecze Demokratycznej Republiki Konga i z uporem przypinają im łatkę zespołu nastawionego wyłącznie na destrukcję. Całkowicie przespali więc informacje o gigantycznym taktycznym trzęsieniu ziemi rynków.
Afrykańska ekipa ma jasny cel, więc zachowawczy system z pięcioma obrońcami właśnie wylądował na śmietniku historii. Trener Sébastien Desabre wprost zapowiedział grę o pełną pulę i podjęcie maksymalnego ryzyka od pierwszych minut. Wypuścił na murawę istną kawalerię ze zdesperowanym Cédricem Bakambu i Yoanem Wissą na czele ławicy.
Po drugiej stronie barykady mamy Uzbekistan, który przeżywa bolesne zderzenie z turniejowymi realiami i ewidentnie traci tlen. Trener Fabio Cannavaro z urzekającym optymizmem rzuca na konferencjach, że ten mecz będzie nieco łatwiejszy niż uganianie się za Portugalią. Trudno w to uwierzyć, gdy azjatycka obrona rozsypuje się niczym domek z kart pod jakąkolwiek mocniejszą presją.
Trzeba obiektywnie przyznać, że brak odpowiedniej koncentracji z tyłu kosztował ich lawinę szybko połykanych bramek w poprzednich aktach. Uzbekistan ma swoje przebłyski dzięki błyskotliwości Abbosbeka Fayzullayeva, ale w fazach przejściowych są absolutnie bezradni. Każda strata piłki przez jego kolegów zazwyczaj kończy się pożarem we własnym polu karnym.
Ofensywa nie biorąca jeńców
Zmotywowana i oparta na czystej dominacji fizycznej drużyna Kongijczyków rusza na rywala, który pęka przy wyższym tempie jak sfatygowana uszczelka. Całkowite otwarcie szyków przez afrykański zespół zwiastuje potężny napór niemal od odśpiewania hymnów narodowych. W bocznych sektorach boiska zobaczymy mnóstwo bezpośrednich pojedynków, które wyciągną na wierzch wszelkie braki Azjatów.
Kusiło mnie potężnie, żeby poszukać tutaj worka bramek, bo przecież afrykańska maszyna dysponuje ogromną przednią siłą rażenia. Jednak ustalmy fakty — po szybkim objęciu prowadzenia, formalni gospodarze nie mają interesu w forsowaniu wariackiego tempa. Z miłą chęcią powrócą do swoich sprawdzonych od lat nawyków i po prostu schłodzą mecz.
Wtedy z cienia wyjdzie morderczo skuteczny rdzeń defensywny DR Konga, zasilany wyjadaczami z twardych europejskich stadionów. Aaron Wan-Bissaka czy Chancel Mbemba to wyrachowani gracze, którzy nie dadzą na sobie położyć rywalom chociażby jednego zadrapania. Zamiast szaleńczej pogoni za kolejnymi trafieniami, drużyna włączy tryb zarządzania kryzysowego i odetnie przeciwnika od gniazdka.
Sytuację rzekomych gości pogarsza fakt, że ich budowanie akcji jest fatalnie pozbawione kontroli i brakuje na boisku lidera potrafiącego utrzymać tempo. Bez twardego stąpania po ziemi w drugiej linii, piłka będzie błyskawicznie wracać pod ich pole karne, by testować niepewnych środkowych obrońców. Tak drastyczna przewaga decyzyjności w obozie DR Konga gwarantuje tu tylko jeden, całkowicie logiczny scenariusz.










