Nowa Zelandia — Belgia: bukmacherzy wierzą w duchy
Rzut oka na kursy wystawione na ten mecz to radosny dowód, że rynek potrafi żyć w totalnie alternatywnej rzeczywistości. Bukmacherzy patrzą na zestawienie obu reprezentacji i od razu spodziewają się absolutnie beztroskiej kanonady. Naiwnie zakładają, że ociężali Belgowie niczym za dotknięciem różdżki odzyskają dawno zagubiony polot.
Spacer w smole zamiast tiki-taki
Spójrzmy zresztą prawdzie w oczy, gdyż gra ofensywna ekipy z Europy na tym turnieju to swoista katorga dla nerwów. Dotychczas zdołali z wielkim trudem wymęczyć ledwie jednego gola, w dodatku samobójczego po potwornym błędzie rywala. Oglądanie ich przeraźliwie statycznego ataku pozycyjnego to rozrywka porównywalna do oglądania schnącej farby.
Ich obecny pomysł na rozbijanie szczelnych defensyw opiera się niemal potulnie na bezcelowych podaniach wzdłuż i wszerz boiska. To ospałe człapanie nie ma prawa wykreować miliona sytuacji, co całkowicie przeczy żądaniu ujrzenia aż czterech bramek. Sytuację pogarszają niepewna sprawność po chorobie Jeremy'ego Doku oraz przymusowe roszady rozbitej linii obrony.
Solidny mur na faworyta
Tymczasem reprezentacja Nowej Zelandii doskonale zdaje sobie sprawę z ograniczeń i nie wplącze się dzisiaj w huraganową wymianę ciosów. Darren Bazeley z pewnością ustawi swoich piłkarzy w bardzo głęboko i wyjątkowo ciasno zorganizowanym bloku. Jedynym racjonalnym kluczem do powstrzymania technicznych Belgów i uratowania honoru jest fizyczne zamurowanie własnego przedpola.
Rynek całkowicie przestrzelił te linie, zbyt mocno lękając się powtórki z katastrofalnego pod kątem straconych goli meczu z Egiptem. Rzecz w tym, że to właśnie szybcy piewcy futbolu z Afryki niszczyli ich bezlitośnie w fazach przejściowych. Z kolei uprawiająca sztukę horyzontalną Belgia po prostu nie zaserwuje obrońcom takiego samego sprinterskiego piekiełka.
Odczarowane iluzje o festiwalu
Czeka nas brutalnie szczere pucharowe starcie o turniejowe życie, całkowicie pozbawione chęci na otwarty futbol. Nowa Zelandia metodycznie poczeka na przewinienia w środku pola i dalekie wrzutki posyłane na głowę osamotnionego Chrisa Wooda. Ten do bólu pragmatyczny scenariusz wyraźnie wróży mnóstwo siłowych pojedynków oraz żmudne kopanie w okolicy linii środkowej.
Oczekiwanie, że w takim klimacie kibice zobaczą tu co najmniej cztery bramki, brzmi niczym wyjątkowo suchy bukmacherski żart. Dostajemy bowiem starcie utytułowanego faworyta z potężną niemocą twórczą przeciw drużynie zmuszonej walczyć o każdy skrawek murawy. Wszelkie wzniosłe opowieści o wybitnym potencjale strzeleckim napastników odkładamy spokojnie między współczesne bajki.
Mamy wręcz idealny pretekst na brutalne spieniężenie rynkowego uwielbienia dla głośnych historycznie, lecz wypalonych nazwisk. Zdecydowanie warto wykorzystać zauważalny dysonans pomiędzy legendarnymi dokonaniami faworytów a ich smutną boiskową rzeczywistością. Skoro topowa powszechnie kadra wciąż dusi się we własnej niemocy, to nadmiernie zawyżone linie traktujemy niczym miły podarunek.














