Tunezja — Japonia: dlaczego rynek przeoczył absencje i reset Renarda
Po kompromitującym wyniku ze Szwecją Tunezja weszła w tryb przetrwania. Nowa ekipa Hervé Renarda nie ma czasu na eksperymenty ofensywne — cel jest prosty: nie pozwolić się rozjechać po raz trzeci z rzędu.
Japonia straciła Kubo, Mitomę, Minamino i Endo. Bez nich ofensywa traci centralną finezję i staje się bardziej przewidywalna — szeroka, oparta na wrzutkach i skrzydłach.
Jak Renard chce zatrzymać Japończyków
Nowy trener Tunezji stawia na czwórkę defensorów i zwarte ustawienie z Skhirim oraz Khedirą w środku. To nie jest drużyna, która będzie otwierać mecz — raczej będzie czekać na błędy i kontrę.
Renard jasno dał znać, że chodzi o podniesienie głów po klęsce. W praktyce oznacza to niski blok, walkę o drugie piłki i ograniczanie przestrzeni w środku pola.
Co tracą Japończycy bez Kubo i spółki
Brak Kubo to nie tylko strata asystenta — to utrata zawodnika, który potrafił rozciągać bloki i tworzyć miejsca w półprzestrzeniach. Reszta ataku musi polegać na Doanie i Nakamurze, którzy wolniej rozkładają grę.
Japonia ma jakość, ale przy tak okrojonym składzie ofensywnym rozbijanie dobrze zorganizowanej defensywy zajmuje więcej czasu i generuje mniej czystych okazji.
Historia ostatnich sparingów pokazuje, że nawet przeciwko Islandii Japończycy potrzebowali cierpliwości i późnego gola. Z Tunezją, która świadomie zagra na zero z tyłu, ten schemat może się powtórzyć.
Rynek zakłada rutynowe przekroczenie 2,5 gola, bo widzi samą nazwę Japonia. Ignoruje przy tym konkretne braki kadrowe i fakt, że Renard nie ma innego wyjścia niż maksymalna ostrożność.














