Argentyna — Egipt: Rozwścieczeni mistrzowie zdemolują zmęczoną obronę.

Rynek bukmacherski bywa tak uroczo naiwny, że aż chce się go poklepać po plecach. Analitycy uznali, że skoro Argentyna zafundowała sobie dreszczowiec z Republiką Zielonego Przylądka, to nagle zapomniała, jak kopie się piłkę. Wyciąganie dalekosiężnych wniosków z jednego słabszego dnia brzmi jak klasyczna rynkowa panika.
Wszyscy ekscytują się tym, że zespół mistrzów świata musieli biegać po murawie przez bite dwie godziny. Zapominają jednak w ferworze tych analiz spojrzeć na drugą stronę barykady. Tam przed startem 1/8 finału rozgrywa się o wiele większy i bardziej bolesny dla kadry obyczajowy dramat.
Defensywa posklejana na słowo honoru
Kadra Egiptu nie wchodzi w ten decydujący mecz pewnym krokiem z tumną uśmiechów. Oni się na to spotkanie dowlokli, ostatkiem sił czołgając się po potwornie długiej serii rzutów karnych ze stawiającą opór Australią. Cena za ten bez wątpienia historyczny wynik okazała się dla nich wręcz absurdalnie wysoka.
Szkoleniowiec Faraonów musi teraz zestawić blok obronny z ludzi, którzy akurat nie są na stałe przypisani do kozetki reprezentacyjnego fizjoterapeuty. Brak takich stabilnych filarów defensywy jak Mohamed Abdelmonem czy Ahmed Fattouh to dla tej drużyny wyrok niemal ostateczny. Zmiennikami z łapanki i taśmą klejącą nie oprzesz się systemowej układance z udziałem Lionela Messiego.
Do tego dochodzi komiczna wprost skala lawinowo nawarstwiającego się zmęczenia. Egipcjanie zmagali się z gorszą logistyką w podróży, z przymusowo odwoływanym treningiem i rzekomo uciążliwym klimatem. Gdy paliwa w reprezentacyjnym baku starcza ledwie na porządną rozgrzewkę, stawianie czoła mistrzom świata zakrawa raczej na wyrafinowaną formę sportowego sadyzmu.
Koniec eksperymentów w biurze taktycznym
Lionel Scaloni ewidentnie usłyszał wyjątkowo głośny dzwonek alarmowy i wyciągnął z niego jedyne słuszne wnioski, spychając na bok zbędną dumę. Taryfa ulgowa i radosne rotacje personalne definitywnie dobiegły końca, a do wyjściowego garnituru wracają zawodowi dorośli. Szkoleniowiec bez mrugnięcia okiem przywraca wyczekiwany zespołowy ład.
Leandro Paredes wchodzi twardo prosto do środka pola, by żelazną ręką dyktować tempo gry i nie dopuścić do powrotu radosnego chaosu wokół własnego pola karnego. Nicolás Tagliafico łata ziejącą dziurę na lewej flance defensywy, upewniając się, że szybcy skrzydłowi na pewno zderzą się w tej strefie ze ścianą. Drużyna wreszcie zapina taktyczne pasy i chce błyskawicznie kontrolować przestrzeń.
Co jednak najlepsze z punktu widzenia argentyńskiego ataku, od pierwszej minuty mamy znów zaobserwować irytującego dla defensywy Juliána Álvareza. Jego legendarna pracowitość i bezustanny wysoki pressing sprawią, że pozbawiona rytmu afrykańska linia obrony nie złapie choćby sekundy swobodnego oddechu. W tym celowym dokręcaniu śruby ukrywa się logiczny i brutalny błąd wyceny dzisiejszych szans.
Triumf maszyny nad gasnącą desperacją
Zapewne taktyczny chytry plan osłabionych rywali pozostaje przejrzysty niczym wiosenna kałuża na chodniku. Zamierzają głęboko murować okolicę pola karnego i szukać rozpaczliwych wybić na osamotnionego Salaha, licząc na łut szczęścia i piłkarski cud. Pasywna obrona własnej trójki to jednak niewdzięczny etat, weryfikujący ostatecznie żelazne płuca każdego spryciarza.
Gdy w drugiej połowie meczu Egipcjanom definitywnie odetnie wtyczkę z prądem, a każdy sprint zamieni się w torturę, ich misternie lepiony wał ochronny runie w wielkich gruzach. Bukmacherzy kompletnie bagatelizują surowy efekt domina zmęczenia. Zmotywowana ekipa „Albicelestes” nie ma w zwyczaju oszczędzać zranionej zwierzyny, przez co formalny awans gładko podkreślą mocną, kilkubramkową różnicą udowadniającą siłę czempionów.






















